Przeleżeć przeziębienie, jak to pięknie powiedzieć..

 Bo niby tylko przeziębienie, albo angina, albo ostry ból gardła, albo coś tam jeszcze i przy każdej z tych chorób najlepiej byłoby się wygrzać, wyleżeć. Ale jak to zrobić? Chętnie bym to wyleżała i wygrzała, ale obowiązków bez liku. Łącznie z takimi drobnostkami jak wyprowadzenie psa, bo przecież same nie pójdą. Mówią pij gorącą herbatę, no a jak ja sama w domu, to przecież herbata się sama nie zrobi, więc na szybciocha bach bach z wyrka i do kuchni. Ja marzę o powrocie do łóżka, a woda wyjątkowo długo się gotuje. Babcia też potrzebuje opieki, więc te 38,5 stopnia gorączki musi poczekać z wylegiwaniem się na później.

 A jak człowiek pracuje? To już w ogóle. No bo niby można na L4, ale wiadomo jak się patrzy na kogoś, kto mówi że ma grypę i nie przyjdzie do pracy. Przecież to nie obłożna choroba. Przeziębienie? To nic takiego, ale że potem pół zakładu przeziębione to nic.

 Oczywiście, to wszystko pół żartem, pół serio. Ile ludzi, tyle historii i zachowań. Ja mam problem z leżeniem w łóżku, przy przeziębieniu, anginie i innych cudach. Leżę jak już naprawdę czuję, że się mogę przewrócić, tylko że prawda jest taka, że gdy nie wygrzeję nawet najdrobniejszej „choroby”, leczę się potem ze dwa tygodnie ze zwykłego przeziębienia. Ale ile można się wałkonić w łóżku?

O solidarności z kobietami.

Fajnie by było żyć w zgodzie z kobietami. I na ogół żyję z nimi w zgodzie, może z małym dystansem, bo solidarna próbowałam być już w przedszkolu, ale wtedy nie wiedziałam, że solidarność kobiet to uczciwość, szacunek, zrozumienie w stosunku do drugiej kobiety. Nie, wtedy myślałam, że solidarna będę wtedy kiedy będę się zgadzać na to, że koleżanki z przedszkola będą zabierać moje oryginalne Barbie, a sama będę bawić się takimi z jedną nogą. Nie ma co. Asertywna też nie byłam. Z każdym rokiem o solidarności mowa była coraz bardziej mętna, ponieważ z każdym rokiem nie potrafiłam się jakoś z koleżankami zgrać. No chyba, że obrabianie innej dziewczynie tyłka w większym gronie, gdzie rządziła jedna czarownica, można nazwać solidarnością.

Chciałabym lubić kobiety. Mam 26 lat. I staram się je lubić, szanować i ufać. Bywa różnie. Chciałabym mieć o kobietach dobre zdanie. Trudno je mieć, skoro ma się z nimi od najmłodszych lat dość kiepskie doświadczenia. I nie mówię, że jestem idealna. Ale nigdy nie potrafiłam totalnie wbić się w te babskie ramy. Lubię posiedzieć z kobietami, pogadać, pośmiać się, ale zawsze czuję że jestem gdzieś z boku. Chyba dla bezpieczeństwa. Bywa to męczące, bo przecież tak ciągle stać z boku…

Wiem, że nie wszystkie kobiety są takie same, wiem że nie można wszystkich wkładać do jednego worka, ale w większości przypadków przeraża mnie ta nienawiść, zawiść, zazdrość, intrygi, które w tym świecie bardzo często mają miejsce. Często kobieta kobiecie wilkiem. Pochwalić, skomplementować? Potrafię to robić, bo uważam że jeśli inna kobieta na to zasługuje, to dlaczego nie? Nie mam z tym problemu. Ale bywałam w różnych gronach kobiet i zazwyczaj to co słyszałam o kimś, kto dopiero opuścił towarzystwo, było co najmniej niemiłe. Lekko mówiąc. Zakładałam więc, że jeśli ja je też opuściłam, to było dokładnie to samo…

Zadawanie pytań…

Wczoraj wybrałam się do mojego byłego miejsca pracy, żeby się napić kawy i zjeść najbardziej kaloryczne ciasto, jakie posiadają. Stanęłam w kolejce, jedna z dziewczyn naturalnie powiedziała „cześć” i za chwilę usłyszałam (nie wiem czy ze szczerym czy fałszywym uśmiechem) pytanie „I co tam słychać?” Przede mną jeszcze co najmniej dwie osoby i teraz nie wiem, czy miałam na to pytanie odpowiedzieć ze szczegółami, czy po amerykańsku odpowiedzieć „I’m fine”. Wybrałam opcję skróconą i grzecznie odpowiedziałam „wszystko w porządku”, po czym padło pytanie co zamawiam. Żadnych szczegółów, co było mi akurat na rękę. Gdy już złożyłam zamówienie, usiadłam z moim ciastkiem i czekam na kawę. Mówię „cześć” dwóm następnym koleżankom, po czym nagle jedna wystrzeliła z pytaniem: „A co ty tu robisz?”. Patrzę na nią przez chwilę, bo znów nie wiem, czy odpowiedzieć co tu faktycznie robię, a może odpowiedzieć niegrzecznie, że generalnie to nie jej sprawa, bo z drugiej strony nie wiem czy nie wolno mi tam było przyjść, bo już tam nie pracuję czy jak? Odpowiedziałam, że przyszłam się napić kawy jak widać. Koleżanka wróciła do czytania książki, a ja w tym momencie uświadomiłam sobie z jakimi wilkami w owczej skórze pracowałam. Bo prawda jest taka, że pod tą przykrywką rzekomego zainteresowania i tworzenia jednej, wielkiej, szczęśliwej rodziny, kryje się zawiść, zazdrość, dwulicowość i tak naprawdę raczej nikłe zainteresowanie. Tak naprawdę przejęcie tych wszystkich grzeczności, które tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia, niczego nie wnoszą do życia drugiej osoby. Ale o tym się człowiek dopiero z czasem przekonuje. Od tego fałszywego uśmiechu, który trzeba tam klientom serwować, już tam tak zostało. Chyba już nie odróżniają prawdy od fałszu. Przykre. Patrzyłam na to z boku i mimo, że lubiłam być baristką, to nie lubiłam ludzi z którymi pracowałam.

Bo my lubimy nie lubić…

Słowo „hejtować” jest ostatnio bardzo modne. Hejtujemy wszystko i wszystkich we wszystkich dziedzinach życia. Oczywiście centrum tego źródła jest internet. Tutaj jest prawdziwa gratka dla tych, co może w życiu wiele odwagi nie mają, ale anonimowo są bardzo rozpasani. Łatwo przychodzi obrażać, bezpodstawnie krytykować albo niekonstruktywnie krytykować innych. Od zwykłych szaraczków po osoby znane. Blogów to również dotyczy. Wystarczy, że jakiś post zostanie polecony i zaczyna się. I żeby to chociaż czasem było na temat, ale nie. Używanie wulgaryzmów, obraźliwych epitetów jest dla osób obrażających czymś tak naturalnym i zwyczajnym, że nawet mycie zębów nie może z tym konkurować. Wiadomo. Najlepszym rozwiązaniem jest się nie przejmować. Bo takie ataki były, są i będą. Wdawać się z kimś takim w dyskusję, jest kompletnie bezsensu. Każdy z Nas tutaj na pewno to przeżył nie raz. Co się maluje na twarzy po tylu latach blogowania? Nic. Mina obojętna. Bo fajnie jest czytać komentarze na temat tego co się napisało. Tyle że komentarze bez wrogości, nawet jeśli ktoś się z Nami nie zgadza. To chyba nie jest takie trudne? A może?

„Pani naprawi ten dzwonek…”

Zamówiłam sobie książkę przez internet. Wiadomo. Za każdym razem to radosne oczekiwanie, jakby nie wiadomo jakie zmiany miały nastąpić z tego powodu, w moim życiu. Zamówiłam sobie okazyjnie całkiem nową  ”Annę Kareninę” Tołstoja i okazało się, że miała zostać dostarczona kurierem (w sumie nawet o tym nie wiedziałam). No i dzisiaj, będąc w domu, w ten słodki dzień lenistwa słyszę dzwonek telefonu. Patrzę. Numeru nie znam, ale odbieram.

- Pani (tu pada moje nazwisko)?

-Tak, to ja.

- Pani otworzy drzwi, bo ja przesyłkę mam.

Wyskakuję z pieleszy jak oparzona z uśmiechem, bo w końcu chcę być miła i na ogół miła jestem. Otwieram drzwi i widzę starszego gościa, który trzyma kartonik z przesyłką. Uśmiecham się miło, ale pan szybko gasi mój zapał.

- Pani naprawi ten dzwonek, jak pani zamawia paczki przez kuriera, bo sąsiadka nie chciała wziąć…

-Bo się nie lubimy- przerywam mu.

-… no to ona ma problem, a poza tym…

- A po co podczas zamówienia podaje się numer telefonu? A gdyby mnie nie było w domu? Tak czy siak musi pan do odbiorcy zadzwonić.

Facet się trochę zmieszał, ja podpisałam, odebrałam paczkę. A dzwonka nie naprawię, bo mam święty spokój.

Poproszę kalendarz…

Książki, pamiętniki, kalendarze. Odkąd pamiętam to mnie otaczało. Pierwszy pamiętnik zaczęłam pisać w wieku 11 lat. I w tym samym czasie rozpoczęła się moja miłość do książkowych kalendarzy. Do tego stopnia, że w jednym czasie miałam ich aż… 11. Tak, tak dobrze czytacie. 11. A to z Harrym Potterem, a to Kalendarz Super Dziewczyny, ale najukochańszy był (bo najbardziej książkowy i gruby) KSM. Czyli jeśli ktoś kojarzy Kalendarz Szalonego Małolata.  Uwielbiałam mieć ich dużo. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Normalnie jakaś nerwica natręctw z tymi kalendarzami. Mania kupowania. Co jakiś widziałam, to tylko świeciłam oczami do rodziców.

Dzisiaj, jako 26-latka powstrzymuję się. Mam jeden. No góra dwa. Dobra. Trzy. Ostatnio kupiłam sobie Szkolny(!) W Biedronie z Kubusiem Puchatkiem, teraz poluję ( a właściwie jutro bądź pojutrze pobiegnę do sklepu) na kolejny kalendarz Beaty Pawlikowskiej, no i oczywiście ten z kotem Simona…

Jestem wariatką.

Smak miesiąca, czyli klasyczny schabowy.

Mój zdrowy tryb życia, rzadko kiedy przewiduje jakieś smaki. Boję się, że jak sobie pozwolę na zbyt wiele, tak mi już zostanie więc staram się rzadko sobie kulinarnie dogadzać, ale tym razem ochota wygrała. Wygrał klasyczny schabowy z ziemniakami i mizerią. Tym razem zgrzeszę na maksa i zrobię ze śmietaną. Nie pamiętam już kiedy jadłam schabowego. Więc dzisiaj zamiast tony warzyw i innych zdrowych pyszności, przyniosłam schab, K. był nieco zdziwiony, ale widząc jego wzrok myślę że ucieszył się na taki obiad. Więc, do dzieła!

Kobieta to tak… wszystko na jednej nodze…

Stara prawda jest taka, że w domu zawsze jest coś do roboty. Ale jak się jest na takim metrażu jak mój tylko we dwoje, plus psy które niekoniecznie pomagają w codziennych zajęciach, to już w ogóle.  Ale nie o tym. Ja mniej więcej o tym, że kobieta to tak… jednak robi ciut, ciut więcej. Albo widzi więcej, o ile jej partner nie jest pedantem. Bo u mnie to wygląda mniej więcej tak, że zaczynam od rana, włączając czajnik i przygotowując śniadanie. Nim więc zaleję kawę (o ile ją wpierw wsypię do kubka), po drodze kroję pomidory, pieczywo, wkładam jajka do garnka. Przy okazji (woda się już na kawę dawno zagotowała), idę wypuścić psy i przy okazji, wywieszę koce na balkon, następnie pędzę do łazienki, bo dzień wcześniej, wieczorem nie miałam już sił powiesić prania więc robię to z samego rana. Przy okazji, wywieszam pościel na drugim balkonie, żeby się wywietrzyła i jak wracam to puszczam kolejne pranie. Schodzę do kuchni i znów odpalam czajnik i w końcu udaje mi się zalać kawę. Kawa czeka na mleko, więc je wyciągam ale do tego wkrada się jajko, które obieram ze skorupki. Psy kręcą się pod nogami, zostawiają trochę sierści, więc biorę miotłę i jazda. Zamiatam. Po chwili układam pomidory na kanapce, kroję jajka i po chwili blada ze strachu biegnę do łazienki, czy aby rura od pralki jest w odpowiednim miejscu, żeby mi nie zalało łazienki. Kiedy w końcu udaje mi się usiąść i zjeść śniadanie, mam wrażenie jakbym już zrobiła wszystko to co miałam danego dnia do zrobienia, a tu dopiero koło 9-tej. Przy śniadaniu nalewam psiakom świeżej wody. I tak w kółko… Nie mówiąc już o tym, że śmigam do babci trzy razy dziennie, której opieki podjęłam się dwa miesiące temu. Gdzieś między tym szukam czasu dla siebie, czyli siłownia, książka… ale mimo wszystko to wszystko jest lepsze niż nie robić nic. Bądź co bądź codzienność jest fajna. Tylko trzeba umieć to dostrzec.

Babskie pokusy, czyli co by tu przekąsić…

Świat jest dla kobiet pełen pokus. Ale szczególnie pełen pokus tuż przed, przed, przed… no każda kobieta wie przed czym. W tym momencie zdrowy tryb życia jaki prowadzę, bierze licho i tak sobie wymyślam. Co by tu zjeść. Głowa jest od tych pomysłów coraz większa. Swoją drogą, dobrze że nie dupa. No to wracam dzisiaj z zakupów, jadę sobie spokojnie i tak znów myślę co by tu… no bo tak. W domu ugotowany kalafior, ale kubki smakowe wołają za tłuściutkim kebabem. Walka trwa. Zbliżam się coraz bardziej do jaskini grzechu, zwalniam i… jadę dalej. Biorę głęboki oddech i w cholerę dumna z siebie pędzę odgrzewać ugotowany kalafior.

Podgrzewam kalafior i tak sobie myślę, że warto było. Jestem biedniejsza o co najmniej kilkaset kalorii. Bo chwila piękna. Czekałabym ze ślinotokiem na kebabik, a potem bym zapytała samą siebie, po cholerę mi to było i co ja teraz zrobię z tym kalafiorem.

Bo to jednak prawda. Taka decyzja to moment, sekunda. I ta sekunda zależy od Nas samych jak ją wykorzystamy. Bywa ciężko, bo kocham jeść ale można. Kiedy z czegoś zrezygnuję jestem z siebie dumna.

Poranne rozmowy.

Siedzę sobie z ukochanym przy porannej kawie. Ja piję kawę, On czegoś intensywnie szuka w sieci. Zaglądam przez ramię i co widzę? Łóżka. Pytam, czy szykują się jakieś zmiany. No i nagle słyszę, jak z karabinu rzeczy które w bliższej bądź dalszej przyszłości trzeba będzie kupić i zmienić. Dowiedziałam się, że szykuje się malowanie. Oczywiście ja  wybieram kolory ścian. Nagle słyszę: „Ty będziesz chciała w końcu zmienić kuchenkę gazową?” Patrzę nieco zdziwiona i mówię, że bardzo bym chciała, bo piekarnik mi nie działa od jakiegoś czasu, a to rzecz absolutnie niezbędna. Po chwili słyszę, że K. chce mieć kuchenkę mikrofalową. Chciałam się już zapytać, czy wygrał w totolotka, ale powiedziałam, że to wszystko będzie kosztować, więc niech od razu weźmie kredyt i wliczy w ten kredyt kolejne BMW  do kolekcji, które bardzo mi się spodobało.

Nie wiem skąd takie nagłe olśnienie w męskiej mózgownicy, ale bardzo mi się to spodobało, że zostały poruszone tematy, które zazwyczaj poruszają kobiety. A tu taka niespodzianka. Niby nic, a babę ucieszyło.

 

      10502487_712619392106900_2052788768083257769_n

Dobrego dnia!